Telefon




Wielu ludzi zastanawia się, co jest w życiu najważniejsze. Jedni odpowiedzą, że pieniądze. W pewnym sensie mają rację. Za pieniądze można zrobić prawie wszystko - kupić jedzenie, ubrania, dom, kochanków, otworzyć biznes, a czasami nawet udaje się przedłużyć ludzkie życie, ale co z sercem? Przecież pieniędzmi się go nie wypełni. Co jeszcze mówią ludzie... najważniejsze jest zdrowie. Z tym też oczywiście się zgadzam. Człowiek chory nie nadaje się do niczego, nawet lekkie przeziębienie może pokrzyżować mu największe plany. Najgorsze jest jednak to, że najczęściej ludzie chorują na serce... A co ze szczęściem? Przecież to jest główny cel w życiu. Z pewnością człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony, tylko... co jest główną przyczyną szczęścia? Hmm... szczęściem może być życie jak z bajki, ale jeżeli lubi ono zaskakiwać i niestety nie bajki nie przypomina, to co wtedy jest przyczyną szczęścia…? Cóż, przekonajmy się, a skoro już jesteśmy przy bajkach, to może wejdźmy w odpowiedni nastrój. Jak to się tam zaczyna…? Aaa, no tak: dawno, dawno temu w bajecznej krainie żyła sobie piękna, wysoka, szczupła kobieta. Miała sięgające do pasa ciemnobrązowe włosy, duże oczy w kolorze piwnym, a nogi długie aż do nieba. Usta zaś zawsze podkreślała czerwoną szminką.
Pewnego zakręconego, pechowego piątku kobieta spotkała wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, który przez przypadek potknął się o wystający krawężnik i na nią wpadł. Oszołomiony mężczyzna nie wiedział, co ma zrobić - czy wstać i przeprosić kobietę, czy po prostu uciec i udawać, że nic się nie stało.
- Możesz w końcu ze mnie zejść?! - krzyknęła.
Zerwał się raptownie, otrzepał i patrzył swobodnie, jak poturbowana kobieta próbuje się podnieść. Kiedy podniosła na niego wzrok i powiedziała Masz zamiar tak nade mną stać i się patrzeć, czy mi w końcu pomożesz?!, doznał olśnienia. Podał jej rękę, wstała, uniosła głowę, spojrzała na niego i... spoliczkowała go.
- A to za co?! - odezwał się zdezorientowany.
- Za bycie cholernym dżentelmenem! Następnym razem uważaj, gdzie stawiasz nogi i na kogo wpadasz!
- A co, źle ci było?
- Słucham?
- Nie udawaj, spodobałem ci się, dlatego teraz odstawiasz ten cyrk.
- Idź się lecz i mi daj spokój, skończyłam. Cześć. - Chciała odejść, ale mężczyzna złapał ją za rękę i kontynuował "podryw".
- Daj spokój, czy to... - Wskazał na swoją twarz. - ...i to... - Następnie na mięśnie. - ...nie robi na tobie żadnego wrażenia? Może lepiej dasz mi swój numer, zadzwonię i spotkamy się wieczorem?
- W sumie... - Przybliżyła się do niego, położyła dłoń na jego policzku. - ...może masz rację. - Przesunęła kciukiem po jego wargach. - A może dam ci coś więcej niż tylko numer. - Przybliżyła usta do jego ust. Był gotowy na pocałunek. Ale kobieta nie zamierzała go pocałować. Mianowicie kopnęła go w krocze. Mężczyzna skulił się z bólu. Kobieta nachyliła się do niego, pociągnęła za koszulę i oznajmiła:
- Mam nadzieję, że to spodobało ci się bardziej niż numer mojego telefonu. Do niezobaczenia.
Dumna z siebie kobieta poszła do domu. Starała się zapomnieć o tym incydencie ze wszystkich sił, jednak nie mogła. Cały czas o nim myślała. Raz się uśmiechała, raz była oburzona, raz się czerwieniła. Nie mogła wyrzucić z pamięci jego oczu, uśmiechu, lekko zachrypniętego głosu. Był strasznie irytujący i aż za bardzo pewny siebie, ale w tym wszystkim było coś, co przyciągało ją do niego.
Wpadali na siebie dosyć często. On wciąż próbował ją poderwać, ona ciągle odmawiała. Była zmęczona jego gadką, ale jednocześnie ciekawiła ją jego osobowość. Jej uczucia same sobie zaprzeczały. W końcu po kilku tygodniach dała się skusić i umówiła się z nim. Poszli do baru na drinka, a skończyli w klubie na tańcach. Bawili się wspaniale, tańczyli, pili, wygłupiali się. Co dziwne, na ,,randce" traktował ją z szacunkiem, stał się prawdziwym dżentelmenem. Nie używał żadnych głupich tekstów czy technik chamskiego podrywu, wręcz przeciwnie, było bardzo miło i nawet... romantycznie.
Ich „przyjaźń” postępowała z dnia na dzień. Mężczyzna okazał się bardziej skryty i tajemniczy, niż mogłoby się wydawać. Wcale nie był aroganckim prostakiem, jakiego zgrywał na początku. Okazał się być miłym, sympatycznym, troskliwym mężczyzną. Kobieta po pewnym czasie zaczęła coś do niego czuć i wydawałoby się, że on odwzajemniał to uczucie, jednak nie była do końca przekonana. Mimo to zaczęli ze sobą sypiać. Po ich pierwszym razie kobieta wiedziała już, że to ten jedyny. Uwielbiała go. Codziennie tonęła w jego czekoladowych oczach, a jego uśmiech sprawiał, że nawet najgorszy dzień zamieniał się w jeden z najlepszych. A jego zapach? Hmmm... jego zapach dawał jej ukojenie, poczucie bezpieczeństwa. Kiedy tylko był w pobliżu, nic nie mogło się jej stać. Ale coś nie dawało jej spokoju. Wciąż zadawała sobie jedno kluczowe pytanie: „Czy on tak naprawdę mnie kocha?”. Oczywiście jego zachowanie na to wskazywało, ale jeszcze nigdy tego nie powiedział, chociaż ona mówiła mu to wiele razy, no i przecież znali się już prawie pół roku. Próbowała to sobie wciąż tłumaczyć, jednak z czasem za bardzo się zagalopowali. Nie rozmawiali już tak często jak dawniej. Teraz poznawali siebie w inny sposób. Pewnego dnia przestało się jej to podobać i w końcu go zapytała:
- Czy... czy ty... mnie... w ogóle… kochasz?
- Co to za pytanie? - odburknął.
- A może... poznałeś inną?
- O co ci chodzi, skąd takie bezsensowne pytania? - Odsunął się od niej i usiadł na skraju łóżka.
- Odpowiedz! Kochasz mnie?! Czy znalazłeś sobie inną, a mną się tylko bawisz?! - krzyczała ze łzami w oczach.
- Czy ty siebie słyszysz?! Przecież nie będę ci co chwilę mówił, że cię kocham. Niewystarczająco ci to udowodniłem?
- Nie! Niewystarczająco. Ostatnio nawet już ze sobą nie rozmawiamy, tylko jedno ci w głowie.
- Ty jakoś nie protestujesz!
- Bo cię kocham!!! Dla ciebie to najwyraźniej jakaś głupia przygoda!
- Dobra, wiesz co? Skończmy tą niedorzeczną rozmowę, bo to nie ma sensu. - Dłużej nie wytrzymał, zaczął się ubierać tak szybko, jak tylko mógł.
- Dla ciebie nic nie ma sensu!!!
- Tak, masz rację. A JUŻ SZCZEGÓLNIE TY!!! - Trzasnął drzwiami i pobiegł do samochodu.
Kobieta wybiegła zrozpaczona na klatkę i zaczęła krzyczeć, żeby wrócił. Bezskutecznie.
Po kilkunastu minutach bezsensownego klęczenia w rozpaczy na klatce wróciła do mieszkania. Całkowicie się załamała. Zamknęła drzwi, usiadła pod nimi i znowu zaczęła płakać. Czuła się zdradzona, oszukana. Chciała się na nim jakoś odegrać. Całe jej ciało w jednej minucie przepełniła żądza zemsty. Wpadła w szał. Zaczęła demolować całe mieszkanie. Pobiła wszystkie naczynia, porwała pościel, część ubrań wyrzuciła za okno, przewróciła ławę, a na sam koniec uderzyła z całej siły pięścią w lustro. Uderzenie było tak mocne, że pobiło się ono, a części szkła poraniły jej dłoń. W tamtym momencie otrzeźwiała. Rozejrzała się po pokoju. Wyglądał, jakby przeszło po nim tornado. Wzięła kartkę papieru, napisała na niej „przepraszam, nienawidzę, kocham, żegnam”, wzięła torebkę i pojechała do swojego mieszkania. Tam od razu poszła spać.
Obudziły ją mdłości. Oczywiście nie przejęła się tym i wmawiała sobie, że to zwykłe przemęczenie. Niestety, jakiś czas później sytuacja się powtórzyła. Zażyła wtedy leki, ale tylko pogorszyła swój stan. Doszedł jeszcze do tego okropny ból brzucha. Był nie do wytrzymania. Zadzwoniła po karetkę. Kiedy służby zdrowia zjawiły się na miejscu, kobieta była półprzytomna. W szpitalu stwierdzono u niej ciążę. Miała wielkie szczęście, że zażyła tylko jedną tabletkę, a pogotowie zjawiło się u niej tak szybko. W przeciwnym razie poroniłaby w przyszłości.
Była w kompletnym szoku. Przez parę godzin nie odzywała się do nikogo ani nic nie jadła. W końcu oprzytomniała i wybiegła czym prędzej ze szpitala. Pojechała do mieszkania i najszybciej, jak tylko mogła, spakowała się i wsiadła w przypadkowy autobus mający zawieźć ją za granicę. Nie myślała jednak, że zawiezie ją tak daleko - do Barcelony.
Tymczasem mężczyzna nareszcie zebrał w sobie trochę odwagi i przyjechał do jej mieszkania, jednak otworzyła mu pewna starsza pani.
- Witam... zastałem... Marikę?
- Nie wiem, o kim mówisz, skarbie. Może pomyliły ci się mieszkania?
- Nie, ja... Mari tu mieszkała. To mieszkanie 13B, prawda?
- Tak, ale... Ooooo... może o tą miłą brunetkę ci chodzi? Ona wyjechała trzy dni temu.
- Co?! Dokąd?
- Nie wiem dokąd, nic mi nie mówiła. - Zdezorientowany mężczyzna wybiegł jak najszybciej z bloku i zaczął dzwonić. Raz, drugi, trzeci, piąty, dziesiąty... jednak nikt nie odbierał.
Kobieta początkowo nie mogła odnaleźć się w nowym kraju. Popadała ze skrajności w skrajność. Spała w przypadkowych miejscach u przypadkowych ludzi. Już na samym początku ją okradziono. Nie miała nic. Pewnego wieczoru upiła się do nieprzytomności. Obudziła się w jednej z barcelońskich przychodni, znowu z zagrożeniem poronienia. Tam też spotkała Polkę, która bardzo jej pomogła. Zabrała ją do swojego mieszkania. Było małe... bardzo małe, ciasne i stare. Tynk odchodził od ścian, w kuchni nie było lodówki, a łazienka... brak słów. Została jeszcze sypialnia… teoretycznie. W praktyce salon/sypialnia/gabinet - takie małe trzy w jednym. Mieszkanie jednak nie było jedynym dobrym gestem ze strony Polki. Kobieta zaproponowała jej również pracę w przychodni.
Po kilku tygodniach kobieta zaczynała powoli żyć nowym życiem. Zaaklimatyzowała się w nowym kraju, mieście, a przede wszystkim dzielnicy, choć ta wcale nie należała do najbezpieczniejszych.
Większość mieszkańców to Romowie, a reszta to ludzie, którzy nie ukończyli szkoły, bezrobotni albo ci, którzy próbują pracować, ale im nie wychodzi. W okolicy mieszkało dużo Polaków, więc zaprzyjaźniła się z niektórymi i szybko podłapała język. Wypłata nie była zła. Na rękę dostawała tysiąc pięćset euro, czyli około sześciu tysięcy złotych. Jednak nie chciała wracać, dopóki nie urodzi. Żyło jej się dobrze, po pięciu miesiącach wynajęła własne mieszkanie niedaleko Polki. Praca nie była wymagająca, więc nie wysilała się fizycznie, w dodatku cały czas była pod obserwacją lekarza. Chyba nawet wpadła mu w oko, ale on raczej nie przypadł jej do gustu. Nadal miała w sercu tylko Alexa. Nie było dnia, w którym by o nim nie myślała.
Nareszcie nadszedł wymarzony dzień. Przynajmniej tak się jej zdawało. Dzień narodzin jej synka. Myślała, że wszystko pójdzie gładko. Niestety znowu była w błędzie. Znajdowała się w mieszkaniu z Polką, która kolejny raz zaopiekowała się kobietą w fachowy sposób. Ból był niemiłosierny. Uderzenie pięścią w lustro w porównaniu z tym to nic. W szpitalu kobieta zaczęła krzyczeć, wygadywać głupstwa, rzucać się z boku na bok. Poród trwał pięć godzin. Chyba najdłuższych w jej życiu. Na szczęście wszystko przebiegło bez zarzutów, mały urodził się zdrowy, kobieta była trochę obolała, ale jak ujrzała synka, wszystko momentalnie uległo zmianie. Kiedy wróciła do domu, czekała tam na nią niespodzianka. Koledzy urządzili pokój dla jej dziecka. Bardzo się ucieszyła, bo dostarczyli jej te rzeczy, których akurat nie miała, a potrzebowała do opieki nad małym.
Z dnia na dzień mały Maksymilian stawał się coraz bardziej podobny do swojego ojca. Nie był marudnym malcem, nie płakał za dużo, nie marudził przy myciu i karmieniu. Kobieta opiekowała się nim, dbała o niego, lecz po dziesięciu miesiącach coś się zmieniło. Synek za bardzo przypominał jej dawną miłość. Na początku myślała, że to tylko tęsknota, ale to jednak było coś więcej. Zdecydowała, że musi powiedzieć Alexowi prawdę, jednak bardzo się bała. Wątpiła w to, że mężczyzna weźmie odpowiedzialność za syna, a co więcej - wątpiła, że go pokocha. Przypuszczała, że ten znalazł już sobie nową rodzinę i nie będzie mieć już miejsca ani czasu dla byłej miłości czy... kaprysu, a co więcej - dla syna.
W ostateczności stwierdziła, że zaryzykuje i wróciła do Polski. Dowiedziała się, że mężczyzna pracuje w biurze, więc tam poszła. Alex był wyraźnie zdziwiony, a zarazem szczęśliwy na jej widok.
- Mari? Łał, wyglądasz tak...
- Daruj sobie, nie przyszłam tu po komplementy. Przyszłam, bo chciałam ci kogoś przedstawić.
- Co, masz chłopaka i chciałaś się nim pochwalić?!
- Naprawdę jesteś taki głupi czy tylko udajesz? Gdybym miała faceta, to nawet bym tu nie przychodziła. - Wyciągnęła z wózka małego Maksa. Mężczyzna był jeszcze bardziej zdziwiony niż przed pięcioma minutami.
- To twój? - Zrobił się czerwony z oburzenia. Po co przychodzi chwalić się swoim dzieckiem do mojej pracy? To bez sensu, myślał.
- Nie, nasz! - Mężczyznę zamurowało. Stał jak wryty i przez moment nie wiedział, co powiedzieć. W przypływie emocji oczywiście wyrzucił z siebie za dużo.
- Ty chyba sobie ze mnie kpisz. Wyjechałaś za granicę, nie dawałaś znaku życia, myślałem, że sobie coś zrobiłaś, szukałem cię, nie spałem po nocach, a teraz zjawiasz się z dzieckiem na rękach i mówisz, że jest moje? Co jest? Nie masz się gdzie podziać? Ten, co zrobił ci dziecko, cię rzucił?
- Tak, masz rację. Ten, którego naprawdę kocham, zrobił mi dziecko, a potem powiedział, że nasz związek nie ma sensu. Nie wiem, po co wracałam. Mogłam się domyśleć, że tak zareagujesz. - Łzy napłynęły jej do oczu, ślina zrobiła się gęstsza; ledwo ją przełykała, miała już wychodzić, ale mężczyzna nie zamierzał skończyć.
- Jesteś śmieszna, wiesz?! Zrobiłaś sobie dzieciaka, a teraz wracasz! - Wtedy nie wytrzymała, jej twarz cała poczerwieniała ze złości, łzy zaczęły spływać strumieniami po policzkach. Nie powstrzymała się od krzyku.
- Myślisz, że ośmieszyłabym się w ten sposób i leciałabym taki kawał tylko po to, żeby zawiadomić cię o dziecku, które nie jest twoje?! Czy ty naprawdę jesteś tak ślepy i nie dostrzegasz tego, że byłeś jedynym mężczyzną w moim życiu, którego kochałam ponad życie?! Czego ty jeszcze potrzebujesz?
- Dowodu...
- Dobrze, zgadzam się, skoro jesteś tak głupi i nie widzisz podobieństwa miedzy tobą a nim, to dostaniesz dowód. Żegnam.
Mężczyzna był oszołomiony. Dobrze wiedział, że Marika w takiej sytuacji by nie żartowała. Jednak postanowił być twardy i zrobił testy na ojcostwo. Czekał na nie trzy tygodnie. Przez ten czas nie miał żadnego kontaktu z kobietą, znał tylko jej adres i numer telefonu. Kiedy już otrzymał kopertę z testami, przypomniał sobie twarz małego Maksa, jego uśmiech, malutkie rączki ledwo wystające spod rękawa, kruczoczarne włosy i... czekoladowe oczy. Gdyby to nie był jego syn, to po co zgadzałaby się na testy? Nie otwierając koperty, pojechał do kobiety.
- Czemu mi nie powiedziałaś, że jesteś w ciąży?! Szukałem cię! Przez cały rok, czemu chociaż nie zadzwoniłaś?!
- Jeżeli masz na mnie krzyczeć, to wyjdź! Nie chcę cię widzieć, sam powiedziałeś, że ty i ja... my... to nie ma sensu....
- Mówiłem to pod wpływem emocji! Nie miałem tego na myśli!
- To, że zrobiłam komuś dziecko, też było pod wpływem emocji? Ciekawe, co powiesz mi następnym razem.
- Mari... ja cię... kiedy cię zobaczyłem, ucieszyłem się, że nic ci nie jest, chciałem wziąć cię w ramiona, a wtedy ty pokazałaś mi małego i... zwątpiłem. Ja... przepraszam... kochałem cię... nadal cię kocham.
Kobieta stała z otwartą buzią przez pewien czas. Tak długo czekała na te słowa, chciała, żeby ta chwila trwała wiecznie, ale nim się obejrzała, mężczyzny już nie było. Stwierdziła, że nie może tu zostać i swobodnie żyć, kiedy on jest w pobliżu.
Następnego dnia zjawił się pod jej mieszkaniem, ale nikt mu nie otworzył. Zaczął krzyczeć, uderzać pięścią w drzwi. Nadal bez skutku. Nieopodal przechodził sąsiad, od którego dowiedział się, że kobieta wyjechała.
- Przecież wczoraj tu byłem, rozmawiałem z nią!
- Ale dzisiaj się wyprowadziła, spóźnił się pan o jakąś godzinę!
Nie chciał w to wierzyć. Znowu go zostawiła. Ale tym razem tak łatwo się nie poddał. Ona zrobiła pierwszy krok, więc on postanowił zrobić ostatni. I tak też się stało. Po wyczerpującym poszukiwaniu nareszcie ją znalazł.
- Co znowu zrobiłem?! Czemu nie możesz mi spojrzeć w oczy i powiedzieć prawdę? Dlaczego wciąż uciekasz? Czego się boisz? Dobrze wiesz, że utknęliśmy w tym razem i nic na to nie poradzimy. Możemy jedynie dać się ponieść i niech to... uczucie zrobi z nami, co chce. Powiedziałem to wczoraj i powtórzę dzisiaj: kocham cię i obiecuję, że nigdy nie przestanę.
I ją pocałował. Oczywiście odwzajemniła pocałunek, po czym wyciągnął list z testem. Zobaczyła, że nawet go nie otworzył. Wyciągnął zapalniczkę i go podpalił. Zaczęła się śmiać i płakać ze szczęścia. Jednak jej ufał. Wierzył, że mówiła prawdę. W końcu odnaleźli siebie na nowo. Od nowa się zakochali. Byli jak nowo narodzeni, pełni życia, miłości i szczęścia. Wróciło tamto uczucie. Tym razem uderzyło z podwojoną siłą i trwało, i trwało... aż do pewnego dnia.
Marika rozmawiała z kuzynką, a Alex w tym samym czasie wracał z pracy. Jak to dziewczyny, zawsze miały sobie dużo do powiedzenia, więc rozmawiały i rozmawiały, wydawałoby się, że nie będzie końca tej konwersacji. Kiedy już rzekomo miały uciąć rozmowę, nasunął się kolejny temat o koledze ze studiów, z którym kobieta kiedyś romansowała. Wtedy wszedł Alex, niestety słyszał tylko słowa Mari, a nie były one zadowalające. Kobieta nie zauważyła, kiedy wchodził, bo była odwrócona, a biorąc pod uwagę jego okropne wyczucie czasu, otworzył drzwi akurat wtedy, kiedy wypowiadała te słowa:
- No co ty, ja z nim?! To tylko przykrywka, znalazłam inny obiekt westchnień, ale pewnie masz rację, chyba wystarczająco go zraniłam, muszę to zakończyć, póki jest jeszcze taka możliwość. Dobrze, że mi jeszcze pierścionka nie kupił... nawet nie ma takiej opcji. Po tym, co mi kiedyś zrobił, nigdy mu nie wybaczę... - Zrozpaczony mężczyzna myślał, że chodziło o niego i wybiegł czym prędzej z mieszkania. Kobieta zaś kontynuowała rozmowę. - ...tak, opowiadałam Alexowi o nim, ale nie mówiłam, że mam z nim jeszcze jakiś kontakt... - Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność, natomiast załamany mężczyzna, chodząc bez celu, dotarł do domu przyjaciela i razem poszli do klubu. Pomyślał, że to najlepszy sposób na odreagowanie. Przy barze podeszła do niego jakaś dziewczyna i zaczęła z nim flirtować. Sprytnie podpytywała go o różne sprawy. Widziała, że był zagubiony i nieco zdezorientowany, więc stanowił dla niej łatwy cel.
- Może kupisz nam butelkę szampana i pójdziemy do mnie?
- Że co?
- Oj nie daj się prosić.
- Jakoś nie mam ochoty.
- Mogę sprawić, że będziesz miał ochotę na wszystko, no chodź. - Mówiła to takim głosem, że każdy zrobiłby dla niej wszystko. Długo się jej opierał, ale w końcu był tak pijany, że poddał się jej wdziękom.
Zdradził swoją ukochaną z przypadkową dziewczyną. Może i wyglądała na dwadzieścia parę lat, ale tak naprawdę miała tylko szesnaście. On z kolei był o dziesięć lat starszy.
A co z Mariką? Chodziła po mieszkaniu jak wściekła z telefonem w ręku. Obdzwoniła wszystkie szpitale, ośrodki zdrowia, przychodnie, hotele, motele, przyjaciół, znajomych. Kogo się tylko dało. I nic. Nie mogła jeszcze zgłosić zaginięcia, bo nie minęło czterdzieści osiem godzin. Nerwowo spoglądała na zegarek, zadawała sobie w myślach głupie i mądre pytania, na które nie znała odpowiedzi. Nie wiedziała, co ma dalej robić. Na dodatek Max ciągle wypytywał, gdzie jest jego tatuś. W końcu jednak udało jej się go uśpić.
Nie wytrzymała, wybuchnęła płaczem. Gdzie ty, do cholery, jesteś, dlaczego znowu mi to robisz?”, mówiła do siebie w duchu. Dłużej tak nie mogła. Była już zbyt zmęczona. W końcu padła na kanapę jak zabita i zasnęła.
Z rana obudził ją huk. Zobaczyła, jak Adam - kolega Alexa - wprowadza mężczyznę kompletnie pijanego do domu. Kobieta rzuciła się na niego jak głupia. Zaczęła go tulić, całować, zadawać pytania. Niestety był zbyt wykończony i pijany, żeby na nie odpowiadać, a Adam nie chciał nic mówić. Podziękowała przyjacielowi, po czym pomogła Alexowi się wykąpać, bo śmierdział alkoholem, a następnie zaniosła go do sypialni. Dosyć długo spał, a kiedy się obudził, czekała na niego ciekawa rozmowa. Kobiecie przeszła radość i przepełniły ją nerwy.
- Gdzie wczoraj byłeś? Wiesz, jak się o ciebie martwiłam?! Dzwoniłam wszędzie; do szpitali, twoich znajomych i nikt nic nie wiedział, chciałam zgłosić twoje zaginięcie, a ty po prostu poszedłeś sobie na browarka i schlałeś się jak świnia! Mogłeś chociaż zadzwonić!
- Daruj sobie, wiem o wszystkim.
- O czym ty do mnie mówisz?!
- Przestań kłamać i powiedz w końcu prawdę! Wiem, że byłem dla ciebie zwykłą przykrywką! Zwykłym śmieciem! Chciałaś ze mną zerwać, przez te wszystkie lata tak mnie okłamywałaś! Nie mogę uwierzyć...
- O czym ty... O Jezu... - Nagle zrobiło jej się przykro, usiadła i wzięła go za ręce. - Słyszałeś, jak rozmawiałam z kuzynką? Alex, tu nie chodziło o ciebie! Kolega ze studiów cały czas do mnie wydzwania i chciałam to w końcu zakończyć! Pamiętasz tego Marka, o którym ci mówiłam? To o niego chodziło w tej rozmowie, a nie o ciebie! Jak mogłeś w ogóle pomyśleć, że mówiłam o tobie?!
- Ale… ja... nic już nie rozumiem, powiedziałaś, że cię zranił i nigdy mu nie wybaczysz... myślałem...
- Tak, tak mówiłam. Byłam z nim i naprawdę mi na nim zależało, ale on bawił się moim kosztem. Do ucha szeptał miłe słówka, a za plecami zabawiał się z innymi i nagle po kilkunastu latach doznał olśnienia i chciał do mnie wrócić.
Nareszcie cała sprawa się wyjaśniła... poniekąd. Szkoda, że w tych kilku minutach szczerości Alex nie mógł przyznać się do zdrady... może dlatego, że nie pamiętał nic z tamtej nocy. Kompletnie nic. Jakby jej w ogóle nie było. Jedyne pytanie, na które mógł udzielić sensownej i poprawnej odpowiedzi to „gdzie był tej nocy’’.
Już po paru dniach wszystko wróciło do normy. Zapomnieli o tym małym incydencie i cieszyli się sobą oraz synkiem. Niestety, jak to w prawdziwej miłości, szczęście nigdy nie trwa długo. I tak też było z tą parą. Dziesięć miesięcy od pijańskiego wybryku Alexa do ich domu zapukała jakaś dziewczyna. Przyszła do niego, ale niestety zastała tylko Marikę.
- Dobrze, skoro Alexa nie ma, to przekażę tobie tą wiadomość. Jestem matką jego dziecka, a to jest jego syn, Kasper. - Kobieta otworzyła szeroko oczy, uniosła brwi i wybuchła śmiechem.
- Tak, a ja jestem matka Teresa z Kalkuty, proszę opuścić mój dom.
- Widzę, że mi nie wierzysz.
- A powinnam?
- Jak najbardziej.
- Proszę mnie uważnie posłuchać, bo powtarzać nie mam zamiaru. Zabierz swojego syna i swój chudy tyłek, idź do burdelu szukać utrzymanka, bo w tym domu z pewnością go nie znajdziesz. Żegnam. – Kobieta czym prędzej zamknęła za sobą drzwi, pobiegła do kuchni i przyglądała się, czy tamta na pewno sobie poszła. Kiedy niechciany gość opuścił jej posesję, ta usiadła i rozmyślała. Gdy przypomniała sobie o tamtej nocy, kiedy Alex wrócił z klubu pijany, zaczęła wierzyć młodej kobiecie. Łzy napłynęły jej do oczu. Temperatura jej krwi z minuty na minutę coraz bardziej wzrastała. Ciśnienie się podnosiło. Jej policzki pokryły czerwone wypieki, a oddech powoli stawał się coraz cięższy.
Otworzyła się brama. Wrócił Alex. Wszedł do domu. Wszędzie było ciemno. Po wejściu do kuchni przeraził się na widok kobiety. Rzucił torbę na podłogę i podbiegł do niej.
- Kochanie, wszystko w porządku? - Spojrzała na niego beznamiętnie. Zapytał o to samo jeszcze raz. Tym razem w jej oczach ujrzał pogardę. - Mari, odezwij się do mnie! - Wstała. Wzięła głęboki oddech i z całej siły uderzyła go pięścią w twarz. Zdezorientowany krzyknął. - Czy cię do reszty popieprzyło? Co się z tobą dzieje?!
- Weź swoje rzeczy i wynoś się do swojej małolaty i dzieciaka - powiedziała najspokojniej jak potrafiła, odwróciła się i chciała wyjść, ale złapał ją za rękę. - Nie dotykaj mnie! Brzydzę się tobą. Masz godzinę na opuszczenie tego domu i zniknięcie z mojego życia. - Spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
- Nie wyjdę, dopóki mi tego nie wytłumaczysz.
- Przypomnij sobie, co robiłeś w noc, kiedy wróciłeś zalany w trupa. Mam nadzieję, że wyjaśniłam, a teraz żegnam. - Mężczyzna był całkowicie zbity z tropu. Przecież nie może się na mnie gniewać o coś, co miało miejsce kilka miesięcy temu, tym bardziej, że sprawa już dawno została wyjaśniona’’, pomyślał.

Postanowił pojechać do Adama. Ten wyjaśnił mężczyźnie, że w klubie jakaś dziewczyna ciągle za nim chodziła, nie dawała mu spokoju, chociaż on wcale nie reagował. Dopiero później zaczął się dziwnie zachowywać i gdzieś z nią wyszedł.
- Stary, mówiłem ci, żebyś nie szedł z tą małą, ale w ciebie coś wstąpiło. Może zrobiła to specjalnie i ci czegoś dosypała.
- Ale co ty za bzdury gadasz? Przecież bym zauważył.
- Z kogo ty chcesz głupka zrobić? Alex, byłeś kompletnie pijany, nawet nic nie pamiętasz. Jak miałeś zauważyć, czy ta dziewczynka ci coś dosypała, czy nie?
Mężczyźni długo rozmawiali i myśleli, co zrobić z tą sytuacją. W końcu postanowili pojechać do klubu i sprawdzić nagrania z kamer. Okazało się, że Adam miał rację. Dziewczyna dosypała mężczyźnie jakiś biały proszek do drinka. Na ich szczęście ochroniarze rozpoznali ją. Wiedzieli, że nie raz handlowała prochami i to nie tylko w tym klubie. Niestety, wiele razy została przyłapana i następny raz skończyłby się dla niej odsiadką, więc znalazła inny sposób, aby zarobić na życie. Alex zadzwonił na policję i wraz z obstawą pojechał do domu dziewczyny. Policja aresztowała młodą „matkę dealerkę’’, w dodatku mężczyzna zażądał zrobienia testów na ojcostwo i pokrycia wszelkich kosztów ich realizacji. Kobieta odpowiedziała mu śmiechem... cokolwiek miało to znaczyć.
Mężczyzna mieszkał tymczasowo u Adama. Był u Mariki codziennie. Początkowo nie wpuszczała go nawet na działkę, jednak kiedy syn zaczął się dopytywać, co się dzieje z ojcem, nie miała wyjścia i musiała go wpuścić. Bardzo się cieszył, że może spędzić trochę czasu z synem i chociaż na chwilę zobaczyć Marikę. Było mu przykro, widząc ją dzień w dzień z podkrążonymi oczami od nieprzespanych i przepłakanych nocy. Chciał ją przytulić, pocałować... chciał, żeby było jak dawniej, ale dobrze wiedział, że z kobietą nie ma tak łatwo i na wybaczenie, a już zwłaszcza tak okrutnego czynu, trzeba sobie zapracować.
W końcu przyszły wyniki testu. Mężczyzna uznał, że najlepiej będzie, jak otworzy je w towarzystwie Mariki. Był święcie przekonany, że to nie on jest ojcem małego Kaspra. Kobieta, zapoznana już z całą sytuacją, również nie mogła się doczekać wyników. Powoli zaczęła się przekonywać, że wina nie leży po stronie Alexa, ale tej wrednej dziewczyny. Postanowiła jednak, że o wszystkim zadecyduje wynik testu. Jeżeli będzie pozytywny, zacznie nowe życie, jeżeli negatywny - wybaczy mu wszystko w jednej sekundzie.
- Ja... nie wiem, co mam powiedzieć - rzekł bezradny mężczyzna.
- Nie mów nic... wyjdź... zniknij...
- Mari... proszę cię.
- WYNOŚ SIĘ!!!
Jak było do przewidzenia, wynik testu okazał się pozytywny.
Mężczyzna czym prędzej wyszedł z domu. Zwinął test w rulonik i zacisnął w pięści. Szedł nabuzowany po ulicy, aż doszedł do mieszkania przyjaciela. Ten od razu domyślił się, jakie są wyniki.
- Zawieź mnie do Roksany.
Przyjaciel bez wahania wziął kluczyki od auta i razem pojechali do więzienia dla matek z dziećmi. Tam mężczyzna rozprawił się z dziewczyną.
- To, co zrobiłaś, przechodzi wszelkie wyobrażenia. - Na twarzy dziewczyny cały czas widniał głupi uśmieszek. - Jesteś idiotką, zwykłą ćpunką, która nie zasługuje na bycie matką. - Dziewczyna wybuchła śmiechem. - Śmiej się, ile tylko możesz, ale wiedz, że nie dostaniesz ode mnie ani grosza i napatrz się na syna, bo niedługo już go z tobą nie będzie. - Mężczyzna wyszedł, a dziewczynie jakoś przestało być do śmiechu. „Nic mi nie zrobisz, nie po to nosiłam go przez dziewięć miesięcy, żeby teraz skończyć w pudle, w dodatku bez kasy i z dzieciakiem’’, pomyślała.
Przez ostatni miesiąc mężczyzna miał na głowie wiele spraw. Praca, sytuacja z Mariką, Maks, szukanie nowego mieszkania, no i… jego drugie dziecko. Mimo że zrobił je z przypadkową kobietą, nie miał zamiaru zostawiać go na pastwę losu. Chciał zachować się jak prawdziwy mężczyzna i wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. W sumie to była jego wina. Mógł przecież zostać w domu i wysłuchać do końca rozmowy Mari z kuzynką i nie wyciągać pochopnych wniosków. Uniknąłby przez to wiele zmartwień i konfliktów, ale cóż, co się stało, już się nie odstanie. Wziął się w garść i na początek załatwił sprawę z Roksaną.
- Wiedziałam, że wrócisz, patrz na małego, jaki już duży, a jaki podobny do ciebie...
- Skończ... nie mam zamiaru cię słuchać. - Zza Alexa wychylił się elegancko ubrany mężczyzna. Przyniósł mu pewne papiery, po czym wyszedł. - Przyszedłem dać ci tylko to. - Wręczył kobiecie papiery dotyczące praw do opieki nad małym Kasprem. Kobieta dowiedziała się, że jego jedynym opiekunem został Alex.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! Nie po to nosiłam dziewięć miesięcy tego bachora w brzuchu, żebyś mi go teraz odebrał!
- Wyrażaj się! To teraz mój syn. A ciebie nigdy nie pozna, obiecuję ci to.
Mężczyzna chciał sam odebrać dziecko, ale kobieta zaczęła się awanturować i musiała wkroczyć ochrona. W końcu wyszedł stamtąd z małym na rękach. Jak zawsze przy jego boku stał przyjaciel. Do szczęścia brakowało mu już tylko dwóch osób... Właśnie! Marika i Maks!
- Cholera! Byłem tak pochłonięty sprawą z Kasprem, że zapomniałem o nich! - W następnej kolejności mężczyźni podjechali pod dom kobiety. Gdy tam dotarli, zobaczyli, jak pije piwo i... pali papierosa.
- Co ona, do cholery, robi?! Ona nigdy nie paliła!
Nagle z domu wyszedł jakiś mężczyzna bez koszulki w samych dżinsach, również z piwem w ręku. Usiadł koło kobiety, zabrał jej papierosa, wyrzucił go, po czym pocałował ją w policzek. Ona uśmiechnęła się do niego beznamiętnie... tak, jakby chciała, a nie mogła. W Alexie coś się zagotowało, oddał Kaspra w ramiona Adama i wyszedł z auta najszybciej jak tylko mógł. Podszedł do ławki, na której siedziała kobieta i zaczął oschle:
- Cześć... - Spojrzał czule na kobietę, po czym skierował pogardliwy wzrok ku mężczyźnie. - Przyszedłem do Maksa. - Oczywiście nie to chciał powiedzieć, ale nie mógł znaleźć innej wymówki. Podpita kobieta wzniosła głowę ku górze. Świeciło słońce, więc zmrużyła oczy i zmarszczyła nos, po czym odpowiedziała z pogardliwym uśmiechem na ustach:
- Myślałam, że do mnie. - Odczytując sarkazm kobiety, mężczyzna postanowił, że również nie będzie miły.
- Chciałem, ale widzę, że masz już towarzystwo, więc spytam ponownie. Gdzie Max?
- Nie ma - odpowiedział zachrypniętym głosem mężczyzna siedzący obok. Alex stwierdził, że nie dogada się z nimi, więc pobiegł do domu. Od razu po wejściu odrzucił go zapach papierosów i widok brudnego i zaniedbanego mieszkania. Zaczął wołać syna, niestety bez skutku. Zajrzał w każdy zakamarek domu, ale nie mógł go znaleźć. W końcu wyjrzał przez okno i ujrzał syna siedzącego w piaskownicy. Od razu do niego pobiegł. Mały ucieszył się na jego widok. Rzucił mu się na szyję i zaczął płakać.
- Przepraszam, kochanie, już więcej cię nie zostawię, obiecuję. Chodź, pójdziemy coś zjeść. - Mężczyzna wziął syna za rękę i wymknęli się tylną bramą.
Przeszli przez działki, gdzie czekał na nich Adam z Kasprem. Cała czwórka pojechała na obiad do pobliskiej restauracji. Maks poznał swojego młodszego braciszka. Był szczęśliwy, że będzie miał się z kim bawić pod nieobecność rodziców. Cały czas chodził uśmiechnięty. Ani razu nie wspomniał o matce, a kładąc się spać, zapytał:
- Tato... mogę zostać z tobą i Kasprem? Nie chcę wracać do domu. - Mężczyzna bezradnie spojrzał na syna. Cały czas miał przed oczami widok jego ukochanej z innym mężczyzną. Teraz już wiedział, jak ona musiała się czuć, kiedy dowiedziała się o zdradzie, ale nigdy nie pomyślałby, że kobieta może zaniedbać dziecko bądź wpaść w nałóg. Musiał koniecznie wyjaśnić z nią tą sytuację.
Z rana zawiózł Maksa do szkoły, a Kaspra zostawił pod opieką niani. Pojechał do Mariki. Drzwi otworzył mu ten sam mężczyzna. Od razu zaczęli się kłócić. Alex myślał, że to mężczyzna jest winny tego, w jakim stanie znajduje się kobieta i już miał się na niego rzucić z pięściami, ale wtedy wyszła Marika, która nie szczędziła ostrych słów skierowanych w stronę Alexa.
- Jeżeli chcesz kogoś obwiniać, to zacznij od siebie, a nie od innych! I gdzie masz, do cholery, Maxa?! Zaraz zadzwonię na policję!
Mężczyzna wszystko wyjaśnił kobiecie. Tej zrobiło się przykro, że tak postępowała wobec syna. W jednej chwili jej zachowanie uległo zmianie. Uspokoiła się, nie krzyczała, słuchała, co się do niej mówi. Jedyne, co się nie zmieniło, to wyraz jej twarzy. Oczy wciąż miała podpuchnięte, wzrok smutny, nie mogła długo skupić wzroku w jednym miejscu, cały czas wymuszała uśmiech, a twarz miała bladą jak ściana. Mężczyzna bardzo długo nalegał na rozmowę w cztery oczy, więc w końcu uległa i się zgodziła.
- Nie mam zamiaru odbierać ci Maxa, ale to, co robisz, jak się zachowujesz, to wszystko wpływa na niego negatywnie. Kiedy ostatni raz widziałaś na jego twarzy szczery uśmiech? Kiedy poważnie z nim rozmawiałaś, kiedy się z nim bawiłaś? Mari, co się z tobą dzieje? Ty nigdy nie piłaś, a już szczególnie nie paliłaś, miałaś oczy przepełnione miłością, radością, a teraz została w nich pustka. Już nawet się nie uśmiechasz.  
Mężczyzna ujął jej ręce i raptownie na jej twarzy pojawił się rumieniec. Poczuła to i czym prędzej zabrała dłonie, położyła je sobie na kolanach. Wzrok wciąż miała wbity w blat stołu. - Kochanie, proszę cię, powiedz coś do mnie, odezwij się.
- Ja... ja... - Do oczu napłynęły jej łzy. - Nienawidzę cię. - Wybiegła z pokoju tak szybko, jak tylko mogła. Mężczyzna chciał biec za nią, ale zatrzymał go ten drugi - Konrad.
Najpierw doszło między nimi do przepychanek, ale Alex stwierdził, że walcząc z nim, tym bardziej niczego się nie dowie. Postanowił zakopać topór wojenny i porozmawiać z mężczyzną. Dowiedział się, że kiedy poznał kobietę, była w jeszcze gorszym stanie emocjonalnym. Potrafiła upijać się do nieprzytomności i palić ponad paczkę dziennie. Mężczyzna bardzo się w niej zakochał, ale widział, że ta nie odwzajemnia jego uczuć, więc chciał jej chociaż pomóc. Prawie mu się udało, ale w niektórych przypadkach „prawie” nic nie znaczyło.
Po godzinie kobieta zeszła do salonu, gdzie rozmawiali mężczyźni. Oznajmiła, że chce zostać sama. Oni jednak jej nie posłuchali, więc w końcu się otworzyła.
- Alex, masz rację. To, co zrobiłam wobec naszego syna, było całkowicie nie na miejscu, na pewno niedługo mu to wynagrodzę. Jeżeli chodzi o nas, to... zraniłeś mnie już wiele razy. Ten ostatni raz zabolał najbardziej. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam ci to wybaczyć. Nie będę jednak utrudniała ci kontaktów z synem, będziesz mógł do niego pisać, dzwonić, widywać się z nim i... myślę, że powiedziałam już wystarczająco dużo. Chyba możemy uznać sprawę za zakończoną. Możesz już iść...
Mężczyzna wstał, podszedł do kobiety, która znowu wbiła wzrok w podłogę. Uniósł jej głowę do góry tak, żeby spojrzała mu prosto w oczy i szepnął jej do ucha: Dobrze wiesz, że sprawa nie zostanie zakończona, dopóki znowu nie będziemy razem’’. Spojrzał z powrotem w jej oczy i nagle dostrzegł tam rozpalający się i gasnący żar. Pocałował ją w policzek i wyszedł. Usiadł pod drzwiami jej domu i rozpłakał się jak dziecko. Ona zaś poszła do sypialni, założyła słuchawki na uszy i dała się ponieść muzyce na wiele godzin. Słuchała jego dwunastu ulubionych utworów... w kółko i w kółko. Zawsze włączał je jej, gdy była smutna albo nie wiedziała, co ma zrobić. Cały czas go kochała, ale nie chciała do siebie dopuścić tej myśli. Z Alexem było zupełnie inaczej niż z Konradem. Ciężko, ekstremalnie, chaotycznie. Każdy dzień był dniem przetrwania, wytrwałości, uczucia miłości, szczęścia, a z Konradem wyglądało to raczej spokojnie, bezpiecznie, romantycznie. Był jak książę z bajki, jak ideał, na którego wiecznie czekała. Tylko co się stało, kiedy w końcu go zdobyła? Chyba… zrozumiała, że oszlifowany diament nie pasuje do nieoszlifowanego. Mianowicie Konrad był dla niej zbyt idealny, za bardzo ułożony, zbyt piękny, żeby mógł pasować do takiej osoby jak ona - zwariowanej, szalonej, zakręconej. Ona potrzebowała kogoś, kto dotrzyma jej kroku, a nie kogoś, kto zatrzyma w połowie drogi. No i przede wszystkim potrzebowała miłości. Prawdziwej miłości, a to, co czuła do Konrada, to... była miłość, ale... przyjacielska. Natomiast z Alexem dopełniali siebie nawzajem. Nieraz powtarzał jej Żyć bez ciebie to jak żyć bez powietrza; łatwo można się udusić, kiedy nie ma cię obok’’. Niestety, życie lubi płatać figle.
Tydzień później mężczyzna przyszedł pod dom kobiety. Zastał w nim tylko Konrada.
- Wyjechała - powiedział ze spuszczoną głową.
- Jak... jak... a Maks?
- Powiedziała, że tu nie odnajdzie spokoju, że tam było jej lepiej, że to dla dobra wszystkich. - Mężczyźnie napłynęły łzy do oczu. - Próbowałem ją zatrzymać, Maks też próbował, ale to nic nie dało, wróciła do Barcelony.
Bezradny Konrad odwrócił się i wszedł do domu, a Alex stał pod drzwiami całkowicie zdruzgotany. W końcu ocknął się, pojechał do Adama, spakował najpotrzebniejsze rzeczy swoje i Kaspra, a następnie udał się na lotnisko, skąd poleciał do Barcelony. Leciał z myślą, że nie zostanie tam dłużej niż tydzień. Znajdę ją i przekonam do powrotu, na pewno się zgodzi’’, postanowił. Nie dopuszczał do siebie innej opcji.
Zatrzymał się w hotelu Royal Ramblas w centrum miasta. Był przekonany, że dzięki temu szybciej i łatwiej dotrze do sedna sprawy. Niestety, nieznajomość języka nie ułatwiła mu tego zadania. Wszystko musiał robić podwójnie; najpierw czytał, potem tłumaczył, do tego jeszcze mały Kasper dawał mu ostro w kość.
Po dwóch tygodniach Alex stracił już wszelką nadzieję na odnalezienie ukochanej i syna. Postanowił dać sobie jeszcze tydzień. Niestety, i to nie odniosło żadnych pozytywnych skutków. Ponownie wpakował wszystkie rzeczy do torby, zarezerwował lot do Polski, rozliczył się z hotelem, a że miał jeszcze dużo czasu, to wyszedł z Kasprem na spacer. Najpierw przeszli się wzdłuż wybrzeża, a potem weszli na aleję Rambla. Stanęli przy jednej z budek z pamiątkami. Alex dokładnie oglądał każdą rzecz, która wpadła mu w ręce. Nagle usłyszał głos dziecka, który skojarzył mu się z Maksem, ale po chwili uświadomił sobie, że pewnie z tęsknoty się przesłyszał. Wziął do ręki mały, plastikowy samochodzik i pokazał go Kasprowi. Chłopczyk przejął go, ale przez przypadek upuścił. Zabawkę podniosła jakaś kobieta, a kiedy się odwróciła, Alex nie wierzył własnym oczom.
- Mari...
Kobieta również stała jak wryta. Zaraz podbiegł do niej Maks, krzycząc, że coś znalazł, zobaczył jednak minę matki i również spojrzał przed siebie.
- TATA!!!
Mężczyźnie zakręciła się łezka w oku, podobnie jak kobiecie... właściwie jej łzy napłynęły do oczu, gdy tylko go ujrzała. Wsadziła ręce do tylnych kieszeni spodni i patrzyła z niedowierzaniem na swojego byłego partnera, który czule ściskał dwóch swoich synów. Po chwili wstał i podszedł do kobiety. Objął ją i szepnął do ucha:
- Nie rób mi tego nigdy więcej, proszę.
Kobieta nie mogła dłużej stać jak słup soli. Rozkleiła się całkowicie, wyciągnęła ręce z kieszeni, przytuliła mocno mężczyznę, po czym położyła dłonie na jego policzkach i przysunęła twarz do jego twarzy.
- Nie zrobię, obiecuję. - Następnie go pocałowała.
Stali przez moment, wtuleni w siebie, kiedy do mężczyzny dotarło, że przecież niedługo ma lot do Polski. W tej samej chwili kobieta zaproponowała przejście do pobliskiej kawiarni. Bez wahania się zgodził. Trudno, jeżeli nie odleci dzisiaj, to jutro; ważne, że był z nią.
Jak się później okazało, mężczyzna wcale nie wrócił do Polski, został w Barcelonie razem ze swoją nową rodziną. Marika zaakceptowała małego Kasperka i wybaczyła Alexowi wszystkie jego błędy. Mieszkali w małym, przytulnym, eleganckim mieszkaniu; tym razem w jednej z bezpieczniejszych dzielnic tego miasta, a dokładniej w Eixample. Mężczyzna szybko podłapał język i nie miał większych problemów z zaaklimatyzowaniem się w nowym mieście. Bardzo pomogła mu w tym jego partnerka. Bez niej raczej długo by tam nie został.
Minął rok, a oni nadal byli jak nowo poznani. Pomimo tego, że z dnia na dzień pojawiały się nowe problemy, zawsze znajdowali na nie rozwiązanie. Dzięki tym wszystkim przeciwnościom losu zaczęli bardziej dostrzegać pozytywne chwile ich życia. Kiedy tylko pojawiało się coś, co sprawiało im radość, cieszyli się tym podwójnie. Przestali martwić się tym, co będzie jutro i żyli chwilą. Starali się czerpać z każdego dnia jak najwięcej przyjemności. Wierzyli, że nic nie zniszczy ich miłości, że są nierozłączni i przetrwają wszystko.
Podczas gdy mężczyzna był w pracy, kobieta zajęła się porządkami. Posprzątała każdy centymetr mieszkania, zrobiła pyszne potrawy, a wszystko to na wspaniałą kolację, którą planowali spędzić tylko we dwoje. Chciała mu zrobić niespodziankę na urodziny, no i miała mu do przekazania bardzo ważną wiadomość.
Kiedy już wszystko wykonała, usiadła wygodnie na kanapie i włączyła telewizor, akurat na kanał z wiadomościami. Po chwili jednak poszła do kuchni, by zrobić kawę, uważnie słuchając, co dzieje się na świecie. Wszystkie dowody wskazują na to, że przestępca zbiegł z miejsca zbrodni. Uciekał w kierunku wschodnim, wysłaliśmy już tam patrole policji. Jechał z ogromną prędkością wraz z partnerem nie zdołaliśmy go zatrzymać. Liczymy na to, że przy pomocy kolegów osiągniemy cel. Zalecamy państwu, aby być szczególnie ostrożnym na ulicach podczas jazdy. Nic więcej nie mogę powiedzieć, dziękuję’’. Przeszyły ją dziwne dreszcze, zadzwoniła do Alexa, by upewnić się, czy na pewno wszystko w porządku.
- Spokojnie, ciągle siedzę w biurze w tej samej pozycji. Jedyne, czego możesz się obawiać, to mojego przyszłego schorzenia kręgosłupa.

- Alex, nie żartuj, wracaj szybko.
- Słonko, za dwie godziny będę, tak jak zawsze, coś się dzieje?
- Nie, po prostu się martwię i mam dla ciebie świetne wieści, dlatego musisz koniecznie szybko wrócić do domu. Kocham cię.
- Ooo, już nie mogę się doczekać, ja ciebie też kocham, do zobaczenia. - Rozłączyła się i nagle posmutniała. Z niewiadomych przyczyn zaczęła płakać. Usiadła na kanapie, a jej umysł przepełniała pustka. Jej wzrok skupił się na jednym punkcie - na ich wspólnym zdjęciu. Co dziwne, było to ich jedyne. Patrzyła się tak przez dłuższą chwilę. W końcu wstała, przetarła oczy i wypiła kawę, wciąż słuchając wiadomości. W pewnej chwili spojrzała na zegarek i na nim się skoncentrowała. Niedługo przyjedzie’’, myślała. Wskazówka przesunęła się o minutę. Już powinien wyjść z biura’’. Wskazówka przesunęła się o pięć kolejnych minut. Pewnie już wsiadł do auta’’. Wskazówka przesunęła się o kolejne dwie minuty. Już jest w drodze’’. Wskazówki wciąż się przesuwały, jej serce biło w ich rytm. Godzina siedemnasta. Wstała z kanapy, podeszła do okna. Czuła strach, niepokój. Powinien już być’’. Spojrzała na zegarek. 17:01. Czemu jeszcze nie wjechał na osiedle?’’. 17:03. Coś się stało’’. 17:05. Może gdzieś zajechał’’. 17:10. Alex, gdzie ty, do cholery, jesteś?’’. 17:15. Dzwonię, jeden sygnał... drugi sygnał... trzeci…’’.
Nagle usłyszała domofon. Podeszła do urządzenia i podniosła słuchawkę.
- Zejdź na dół, szybko!!! - krzyczała zdyszana przyjaciółka.
- Ale co się stało?
- Szybko!
Po raz pierwszy widziała przyjaciółkę w takim stanie. Była cała roztrzęsiona, policzki miała zaczerwienione, a kiedy złapała ją za rękę, poczuła jej drganie na całym ciele. Kiedy dotarły na miejsce, kobieta nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Złapała się za głowę, momentalnie się rozpłakała i krzyknęła przeraźliwym głosem:
- Alex!!!
Mężczyzna leżał poturbowany do pasa w przewróconym aucie. Kilkanaście metrów od niego znajdowało się kolejne auto, całe w płomieniach. Kobieta podbiegła do mężczyzny, chciała mu pomóc. Za nią pobiegła przyjaciółka, aby odsunąć ją od miejsca wypadku. Ta jednak nie chciała słuchać, cała we łzach złapała go za rękę, lecz usłyszała tylko jedno:
- Uciekaj, proszę, kocham cię.
Zdołał wydusić z siebie tylko te słowa. Zaraz po tym przyjechała karetka, policja, straż pożarna. Odciągnęli z trudem kobietę i zabrali się do pracy. Jednak ona nie chciała tak łatwo odpuścić. Podbiegła do policjantów i służb medycznych.
- Pomóżcie mu! Nie stójcie tak! Ratujcie go!
Ci niestety nie mogli wkroczyć do akcji, dopóki straż nie ugasi płomieni drugiego auta, które zagrażało wybuchem.
- Przykro nam, musimy czekać.
- Na co wy chcecie czekać?! On tam umiera!!! Po co przyjechaliście, żeby sobie postać?!
- Proszę się uspokoić, to naprawdę nie zależy od nas.
- Jesteście bandą debili!!! - Oburzona i zrozpaczona kobieta znowu chciała biec do mężczyzny, ale tym razem przyjaciółka złapała ją tak mocno, że ta nie mogła się wyrwać.
- Czemu stoisz, zamiast mi pomóc?! Co z ciebie za przyjaciółka?!  Puść mnie, ja muszę do niego iść!!!
Chciała znowu biec, ale zamiast tego zaczęła krzyczeć. Upadła na kolana.
- NIEEEE!!!

Auto, które próbowali ugasić strażacy, wybuchło, przez co samochód Alexa również stanął w płomieniach. Kobieta zerwała się i zaczęła biec do wozu, za nią ruszyli policjanci, cała służba medyczna i przyjaciółka. Złapali ją kilka metrów od samochodu, ta jednak wyrywała się i krzyczała
- Alex wstań, proszę cię, otwórz te cholerne oczy i się podnieś!!! Mówię do ciebie!!! Nie możesz... puszczajcie mnie!!! Ja muszę do niego iść!!! On mnie potrzebuje!!! Alex!!! - W końcu wsadzili kobietę do karetki, dali jej środek uspokajający. Niestety bez skutków. Zawieźli ją wraz z przyjaciółką do szpitala. Tam się nią zajęli. Chociaż wciąż stwarzała problemy, udało się ją przekonać, aby wypiła szklankę wody. Oczywiście były w niej środki nasenne. Kobieta po kilku minutach opadła na łóżko. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, co przyniesie jutro i kolejne dni.
Obudziła się, zaczęła drżeć, krzyczeć, płakać. Podano jej kolejne środki nasenne. Uspokoiła się na kilka godzin, potem sytuacja znowu się powtórzyła. Lekarze stwierdzili, że nie mogą wciąż faszerować kobiety tabletkami, niestety bez nich jej stan tylko się pogarszał.
Przyszła przyjaciółka, przyprowadziła ze sobą dzieci. Myślała, że to może pomóc w przywróceniu kobiety do życia. Niestety tylko pogorszyła sprawę. Kobieta, widząc swojego syna tak podobnego do jej zmarłego partnera, doznała szoku.
- Alex! Jesteś, nie opuściłeś mnie, wróciłeś!
Pomyliła syna z partnerem. Maks był przerażony, stał bez ruchu i wpatrywał się w bredzącą matkę wtuloną w jego ramiona. Po chwili też ją objął i powiedział ze łzami w oczach: Mamo, to ja, Max, tatusia tu nie ma’’.
Kobieta spojrzała się na synka, wzięła go za ręce, pocałowała w policzek, otarła łzy.
- Kochanie, o czym ty mówisz, przecież widzę, że tu stoisz.
- Ale mówiłaś do mnie Alex, a tak ma na imię tatuś.
- Alex, coś ci się pomyliło, twój tata ma na imię Krzysztof, dobrze się czujesz? Może pójdę po lekarza?
Przyjaciółka nie mogła dłużej stać i udawać, że nic się nie dzieje. Odsunęła Maksa od Mariki i wyprowadziła go z sali, ta znowu wpadła w szał wybiegła za nimi na korytarz, rzuciła się na przyjaciółkę.
- Czemu znowu chcesz mi go zabrać?!
Zaczęła okładać przyjaciółkę pięściami. Zauważyły to pielęgniarki i od razu wkroczyły do akcji; z trudem odciągnęły kobietę, przyjaciółka jak najszybciej wzięła dzieci i wybiegła ze szpitala. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje z Mariką. Zaprowadziła czym prędzej dzieci do swojego mieszkania, gdzie czekał na nią jej narzeczony. Na wejściu wytłumaczyła mu, skąd u niej taki wygląd a nie inny. Mężczyzna również był w szoku. Dziewczyna miała jednak jeszcze jedno zmartwienie. Jak wytłumaczyć dzieciom tą całą sytuację? Na szczęście miała już pewne doświadczenie w tej sprawie, jako pielęgniarka często miała kontakt z dziećmi.
- Kochani, wasza mama... - Kasper nie wiedział, że Mari nie jest jego biologiczną matką, więc przyjaciółka musiała improwizować. - ...wasza mama bardzo przeżywa odejście waszego taty. Musicie dać jej trochę czasu, aby wszystko sobie poukładała. Nie bądźcie na nią źli i zapomnijcie o dzisiejszej sytuacji.
- Ciociu, dlaczego mama cię uderzyła?
- Kochanie, mamusia ma teraz mętlik w głowie, ona... nie wiedziała, co robi. Najważniejsze jest to, że nie chciała tego zrobić.
- Skoro nie chciała, to czemu zrobiła?
- Maksiu, powiedziałam wam już wystarczająco dużo. Na razie zostaniecie tutaj ze mną i Lorenzo, a kiedy mamusia poczuje się lepiej, wrócicie do domu.
Chłopcy byli całkowicie zbici z tropu. Kasper nic nie rozumiał z tej całej sytuacji, wiedział tylko, że jego tatuś nie żyje, jednak nie miał pojęcia, co to tak naprawdę oznacza. Myślał, że mężczyzna wyjechał i zaraz wróci. Max był już nieco większym chłopcem; wiedział, że nie zobaczy nigdy więcej taty, ale nie rozumiał zachowania matki. Czemu tak bardzo to wszystko przeżywa?
Dzień później przyjaciółka przyszła do szpitala, aby odwiedzić kobietę, jednak jej tam nie zastała.
- Pani Szulz została przewieziona wczoraj wieczorem do zakładu psychiatrycznego, tylko tam może teraz przebywać.
- Nie rozumiem, coś się stało, coś zrobiła?
- U Pani Szulz stwierdzono ciążę, to już trzeci miesiąc. - Kobieta nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała, otworzyła szeroko oczy i złapała się za głowę. - Nie mogliśmy podawać jej kolejnych leków, bo groziłoby to poronieniem, i tak jesteśmy wdzięczni losowi, że do tej pory nic się nie stało. Jej organizm jest bardzo silny, dzięki czemu leki nie uszkodziły płodu, niestety jej psychika nie jest w najlepszym stanie. W zakładzie znajdzie się pod dobrą opieką specjalistów, którzy uważają, że niedługo powinna z tego wyjść.
Kobieta wzięła adres placówki i jak najszybciej się tam udała. Kiedy weszła do pokoju Mariki, zobaczyła  ją  siedzącą  na  bujanym fotelu  przy oknie. Był  to  mały  pokoik  znajdujący  się na poddaszu zakładu. Sufit i podłoga zostały zrobione z drewna, ściany pokryte dwoma odcieniami szarości, łóżko znajdowało się zaraz przy wejściu, a naprzeciwko niego stał kominek, nad którym wisiało ogromne lustro. Po obu stronach kominka znajdowały się dwie komody. Jedna na ubrania kobiety, druga przeznaczona dla lekarzy. W pokoju było wiele kwiatów, jedne duże, drugie mniejsze. Kluczową jednak rolę odgrywało ogromne okno, które cudownie oświetlało cały pokój. Widać z niego było piękny ogród przeznaczony dla pacjentów zakładu.
Przyjaciółka jednak była nieco zaniepokojona widokiem kominka w pokoju, przecież kobiecie mogło się coś stać, zamierzała o tym porozmawiać ze specjalistami po spotkaniu z Mari. Wracając do spotkania, nie przebiegło ono tak, jak przyjaciółka sobie wyobrażała... było ono nieco inne niż ich ostatnie 'starcie' w szpitalu.
 - Cześć, Mari. Poznajesz mnie? - Kobieta nawet nie zareagowała. - To ja, Jowita. - Nadal to samo. - Przyszłam sprawdzić, jak się czujesz. - Kobieta wciąż wpatrywała się w okno bez ruchu, przez co można było usłyszeć jej oddech. Przyjaciółka zbliżyła się, oparła rękę o fotel i nie ukrywała zachwytu. - Łał, piękny ten ogród. - Wciąż jak posąg, kobieta jednak nie zamierzała się poddać i zmieniła temat: - Max wciąż pyta o ciebie. - Kobieta zacisnęła dłoń w pięść i wzięła głęboki oddech... przynajmniej w końcu coś zrobiła. - Jest teraz u mnie w mieszkaniu razem z Kasprem i Lorenzo, chyba jest im u nas dobrze. Lorenzo bardzo zżył się z chłopakami, myślę, że oni też go polubili. - Kobiecie spłynęła łza po policzku, przyjaciółka kucnęła koło fotela, ujęła jej zaciśniętą pięść pocałowała ją i również napłynęły jej łzy do oczu. - Będziemy się opiekować chłopcami tak długo, jak tylko będzie trzeba, o to się nie martw, niczego im u nas nie zabraknie, ale nie zmuszaj mnie do tego, abym tłumaczyła im stratę kolejnego rodzica, musisz wziąć się w garść Mari! Jesteś silna, zrozum to, że nikt nie może żyć wiecznie, jedni umierają tak, a inni inaczej. Nie możesz się teraz załamać, masz dwa życia do wychowania i z tego, co wiem, niedługo będzie trzecie... - Przyjaciółka zawahała się przed kolejnymi pytaniami, ale jednak wydusiła to z siebie: - Alex nic o tym nie wiedział, prawda? Chciałaś mu to powiedzieć tego dnia... - Jowita spuściła głowę, skierowała wzrok na podłogę, wzięła głęboki oddech, spojrzała na kobietę i zauważyła strumień łez cieknących po jej policzkach, złapała ją mocniej za rękę i kontynuowała: - Kochanie, musisz wziąć się w garść i pokazać światu, na co cię stać. Jest mi naprawdę przykro z powodu Alexa, ale masz jeszcze dwóch wspaniałych chłopców, którzy na ciebie czekają i błagam cię, nie każ im wychowywać się bez matki. Mari, oni cię potrzebują bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Nie możesz tak tu przesiedzieć całą wieczność, nie możesz stracić widoku ich dzieciństwa. - Wstała, podeszła bliżej okna. - Popatrz na te dzieciaki, co biegają po ogrodzie, które jeszcze nic nie rozumieją, a przyszły odwiedzić swoich schorowanych bliskich. Jak się cieszą, uśmiechają... czy ty naprawdę chcesz stracić ten widok, chcesz stracić to, co masz w życiu najcenniejsze? Zastanów się, Mari, ale to, co teraz robisz, to twój największy błąd. Wpadnę tu jutro i chce cię zobaczyć w lepszym stanie niż dzisiaj. Cześć. - Wychodząc, trzasnęła drzwiami. Przyjaciółka była pewna, że jej słowa dadzą kobiecie do myślenia i że szybko z tego wyjdzie. Bardzo się pomyliła. Przychodziła w odwiedziny tak często, jak tylko mogła. Czasem była codziennie, czasem raz na tydzień. Rozmawiała z kobietą... w sumie to mówiła do niej, nie czekając nawet na odpowiedź, bo wiedziała już, że i tak jej nie usłyszy. Poza przyjaciółką do kobiety również starali się dotrzeć lekarze, pielęgniarki, psychologowie. Nic nie skutkowało. Większość czasu spędzała, wpatrując się w ogród za oknem. Służba medyczna była zszokowana tym przypadkiem, jeszcze nigdy nie widzieli tak głębokiego stanu depresyjnego. Zazwyczaj pomagały rozmowy z psychologami, ale tym razem... mógł pomóc tylko czas. Dwa miesiące później chłopcy coraz częściej dopytywali się o matkę, przecież nie widzieli jej już tak długo. Jowita nie miała już pomysłów, jak odpowiadać na ich pytania. Postanowiła zabrać ich do matki, chociaż wiedziała, że to nie jest najlepsza decyzja. Bardzo obawiała się tego spotkania, pod zakładem miała już z niego zrezygnować, ale widząc, jak chłopcy się cieszą, zaryzykowała. Wchodząc do pokoju kobiety, kolejny raz zobaczyła ją w tym samym miejscu.
- Mari! To znowu ja, pewnie masz już mnie dosyć, ale dzisiaj przyprowadziłam ze sobą twoje zguby. - Maks powoli wszedł do pokoju i stanął przed Jowitą, kobieta nawet się nie odwróciła. Mały Kasper nieświadomy niczego wbiegł do pokoju i automatycznie znalazł się u podnóża fotela, obejmując nogi kobiety.
- Mamusia - powiedział i spojrzał na kobietę, szczerze się do niej uśmiechając. Kobieta również się na niego zerknęła, odwzajemniła uśmiech. Przyjaciółka była w szoku, nareszcie jakiś przełom w zachowaniu kobiety. Po chwili Marika odsunęła fotel i kucnęła, aby przytulić Kaspra. W tym czasie zdążyła się już rozpłakać. Nie zważając na łzy, utuliła go mocno, cmoknęła kilka razy w policzek i odsunęła go na moment, aby mu się przyjrzeć.
- Jesteś już taki duży - mówiła, głaskając małego po policzku. - A gdzie twój brat? - Kasper wskazał palcem na Maksa, kobieta jeszcze bardziej się rozpłakała, widząc, jak chłopiec się zmienił podczas jej nieobecności. - Chodź do mnie - mówiła do niego cała zalana łzami. Chłopiec podszedł, przytulił mocno matkę, ucałował ją w czoło, jak to miał w zwyczaju robić Alex. Bolesne wspomnienia wróciły, lecz tym razem nie przejęły kontroli nad kobietą. Nie pomyliła syna z partnerem. Tym razem nie sprawiła synowi bólu.
Jowita nie mogła uwierzyć własnym oczom, w końcu dostrzegła cień nadziei na powrót kobiety do zdrowia.
- Mamo, czemu nas zostawiłaś? - Kobieta spuściła wzrok. Jej dobra passa w jednej chwili zniknęła. Jowita na szczęście w porę to zauważyła i zareagowała:
- Maksiu, myślę, że już pójdziemy, mama jest zmęczona, powinna odpocząć.
- Mamo, czemu nie odpowiesz mi na pytanie? - Chłopiec nie miał zamiaru odpuścić.
- Chłopcy, pożegnajcie się z mamą, niedługo znowu ją odwiedzimy, ale dzisiaj musimy już iść.
Kasper wykonał polecenie w błyskawicznym tempie, przytulił matkę, która tym razem nawet nie drgnęła, jednak Maks nadal stał nad nią i oczekiwał odpowiedzi. Jowita złapała chłopca za rękę.
- Maks, naprawdę musimy już iść. - Lekko go pociągnęła.
Chłopiec niechętnie i powoli oddalał się od matki, ciągle się w nią wpatrując. Kiedy był już przy drzwiach, kobieta uniosła głowę. Była cała blada a oczy miała mokre i lekko podpuchnięte od płaczu. Chłopiec stanął w drzwiach, nadal mając nadzieję na odpowiedź. Usłyszał ją, lecz nie takiej się spodziewał:
- Przepraszam - wydusiła kobieta i upadła na podłogę.
Max szybko zawołał Jowitę, ta błyskawicznie powiadomiła pielęgniarki i lekarzy. Dzięki szybkiej interwencji służb medycznych kobiecie ani dziecku nic się nie stało.
- W wyniku silnych emocji związanych z widokiem dzieci organizm pani Szulz przestał poprawnie funkcjonować, stąd to nagłe osłabienie. Zrobiliśmy jednak wyniki i mam dla pani tylko dobre wieści. Stan zdrowia pacjentki uległ zaskakującej poprawie. Ostatnie badania robiliśmy tydzień temu i nie były one zadowalające. Myślę, że powinna pani częściej przyprowadzać do pani Szulz jej dzieci, to może bardzo dobrze wpłynąć na stan jej zdrowia - tłumaczył lekarz.
Przyjaciółka wzięła sobie do serca jego rady. Raz w tygodniu przyprowadzała do kobiety chłopców i faktycznie lekarz miał rację. Kiedy tylko pojawiali się chłopcy, Marika stawała się inną kobietą. Coraz częściej na jej twarzy można było dostrzec uśmiech. Z dnia na dzień mówiła coraz więcej, zadawała pytania, znowu zaczęła się interesować światem.
Pewnego wieczoru, kiedy Jowita przyszła z chłopcami w odwiedziny, nie zastali jej w pokoju. Lekarze, jak i pielęgniarki również nie wiedzieli, gdzie kobieta się podziała. Wszyscy byli w szoku, zaczęli jej szukać po całym ośrodku. Przejrzeli każde pomieszczenie, jednak nie znaleźli jej. Wybiegli na zewnątrz ośrodka, pytali przechodniów, czy nie widzieli ciężarnej kobiety w białym szlafroku, niestety również bez skutku. Jowita wraz z chłopcami i lekarzem przeszukiwała teren zakładu.

- Jest, widzę ją!!! - krzyknął lekarz.
Pobiegł szybko do kobiety
- Pani Szulz, dobrze się pani czuje? Wszędzie pani szukaliśmy! - Kobieta jednak stała i wpatrywała się w niebo, na którym widniało mnóstwo gwiazd. Była uśmiechnięta, jednak nic nie mówiła. - Musi pani wrócić do środka, jest zimno, a pani jest lekko ubrana, jeszcze się pan przeziębi. - Kobieta nie reagowała, nadal stała w tej samej pozycji i śmiała się do nieba. Przybiegła Jowita, a za nią chłopcy. Lekarz wytłumaczył jej sytuację. Przyjaciółka myślała, że wrócili do stanu, w którym znajdowała się kilka miesięcy temu, ale nagle usłyszała jej głos i spojrzała w jej stronę. Kobieta obejmowała małego Kaspra i tłumaczyła mu, gdzie znajduje się jego tata.
- Widzisz te wszystkie gwiazdy? Wśród nich jest teraz twój tatuś.
- Tak daleko?
- Tak, kochanie, jest bardzo, bardzo daleko, a wiesz, co teraz robi? Obserwuje ciebie i twojego braciszka. Czuwa nad wami, żeby nic wam się nie stało. Patrzy, jak rośniecie, co robicie i na pewno jest z was dumny i bardzo was kocha.
- Kiedy wróci?
- Kochanie, tatuś nie wróci.
- Jak to?
- Widzisz... każdy na Ziemi ma do wykonania pewną misję, kiedy już ją wykona, jedzie tam, gdzie tatuś i zamienia się w wielką błyszczącą gwiazdę, po czym oświetla drogę swoim bliskim, aby im ułatwić drogę do celu.
Rozmowa ciągnęła się jeszcze przez kilka minut, bo małemu trzeba było wyjaśnić kilka niezrozumiałych dla niego słów. Kiedy wszystko już zostało wyjaśnione, kobieta poczuła ogromne zmęczenie. Przyjaciółka wraz z dziećmi udali się do domu, natomiast lekarz zaprowadził Marikę do pokoju.
Następnego dnia przyjaciółka znowu odwiedziła kobietę, tym razem sama. Co dziwne, tego dnia to Marika była duszą towarzystwa. Jednakże jej przyjaciółkę najbardziej zaintrygowało wyznanie kobiety.

- Dzień w dzień siedziałam przy tym oknie jak idiotka, z rana wpatrując się w uśmiechnięte buzie dzieci, szukając pośród nich jego uśmiechu, a wieczorem przeszukiwałam galaktykę w poszukiwaniu jakiegoś znaku od niego. Liczyłam, że przyjdzie do mnie w nocy, ucałuje mnie w czoło, powie, że mnie kocha, nakryje mnie kołdrą i położy się obok mnie. Aż w końcu... Kasper spojrzał się na mnie jego czekoladowymi oczami przepełnionymi miłością i Maks uśmiechnął się do mnie jego uśmiechem i ucałował mnie w czoło i... w jednej chwili uświadomiłam sobie, że to był ten znak, który sprawił, że zrozumiałam, jak bardzo jestem potrzebna. Mówiłam Kasprowi, że każdy człowiek ma do spełnienia misję, pewnie myślałaś, że sobie żartuję, ale mówiłam prawdę. Jego misją było uszczęśliwienie mnie i pomimo tych wszystkich upadków, problemów, konfliktów, kiedy tylko zjawiał się w pobliżu, nieważne, jak bardzo byłam na niego zła. Byłam szczęśliwa, że jest obok mnie. Byłam szczęśliwa, bo wiedziałam, że nie znajdę nikogo, kto da mi to, co on i będzie mnie kochał tak, jak on.
Następnego dnia kobieta poczuła ogromne bóle brzucha. Personel natychmiast zainterweniował. Okazało się, że nadszedł czas porodu. Niestety nikt nie spodziewał się, że nastąpi on aż dwa miesiące wcześniej. Kobieta nie była w stanie urodzić o własnych siłach. Zdecydowano się więc na przeprowadzenie cesarskiego cięcia. Po dwóch godzinach dziecko było już na świecie. Niestety, nie wszystko jeszcze miało jeszcze wykształcone i przez najbliższe miesiące musiało ono przeleżeć w inkubatorze. Marika po operacji była wykończona, widziała dziecko przez ułamek sekundy i natychmiast zasnęła. W tym czasie lekarz zawiadomił o wszystkim Jowitę. Przyjaciółka zjawiła się po trzech godzinach, szybciej niestety nie dała rady. Marika leżała w klinice obok zakładu. Przyjaciółka weszła do jej pokoju z trzema balonikami. Dwoma niebieskimi i jednym różowym. Miała szczęście, bo kobieta akurat się przebudziła.
- Gratulacje dla świeżo upieczonej mamy po raz drugi. - Ucałowała kobietę i usiadła na krześle obok łóżka.
- Co mają znaczyć kolory balonów? - spytała z rzadko spotykanym uśmiechem na twarzy.
- Niebieskie są od chłopców, niestety nie mogli przyjść, a różowy jest od malutkiej dziewczynki z inkubatora.
- A więc to dziewczynka. - Na policzkach kobiety zapłonął rumieniec, a oczy aż błyszczały ze szczęścia.
- Nie widziałaś jej jeszcze?
- Przez moment widziałam czubek jej głowy i odleciałam. Po chwili do sali weszła pielęgniarka. Przywiozła dla kobiety prezent - inkubator z jej córeczką.
- Wiktoria - szepnęła kobieta - nasza mała Wiktoria... Alex zawsze chciał mieć córeczkę. - W oczach zakręciła się łezka. - Zawsze mówił, że nada jej imię Wiktoria, bo zwycięży w życiu tak jak on, a kiedy zapytałam, co zwyciężył, odpowiedział, że moje serce.
Przyjaciółka złapała płaczącą kobietę za rękę. Nie mówiła nic, bo tak naprawdę nie wiedziała, co miała powiedzieć. Widziała, jak bardzo cierpi Marika, ale wierzyła w to, że już niedługo to cierpienie dobiegnie końca.
Odnośnie zakończenia... jaki jest koniec tej bajki? Niestety, na to pytanie odpowiedzi nie znam, bo tak naprawdę jeszcze się nie skończyła. Hmmm... to kiedy będzie ten koniec? Z pewnością kiedy umrę, ale jeszcze nie spieszy mi się na tamten świat. Na razie jestem bardzo potrzebna tutaj, na ziemi, jako osoba, a nie w niebie jako gwiazda. Ogólnie żyje mi się coraz lepiej, jestem już w domu z moją świętą trójcą. Oczywiście nadal mam przed oczami Alexa, wszystko mi o nim przypomina, jestem świadoma tego, że nigdy w życiu nie będę miała już żadnego partnera, bo połowa mojego serca odeszła razem z nim, a drugą połowę zajmują moje dzieci. Żadnego mężczyzny nie pokocham nigdy tak, jak jego, więc po co pchać się w coś, co nie ma sensu? To była miłość na całe życie. Burzliwa, z wieloma przeszkodami, ale dzięki temu cholernie silna.

A jaki jest morał tej bajki? To chyba oczywiste. Kochajcie, bo tak naprawdę miłość jest głównym celem życia każdego człowieka i to ona jest podstawą szczęścia. Nigdy się nie poddawajcie. Walczcie o swoją miłość tak, jakby jutra miało nie być, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie wasz koniec.



__________________________________________________________

Jeżeli spodobało Ci się to opowiadanie odezwij się w komentarzu!

UDOSTĘPNIJ!
Odezwij się do mnie na e-mail: paulinamulyk@onet.pl
Zajrzyj na mój fanpage - lustrzaneslowa
oraz na instagram - paulinamulyk
obserwuj mnie na snapchacie - paulinamulyk
znajdziesz mnie również na - wattpad

DO NAPISANIA!

Czytaj dalej »

9 komentarzy :

  1. Eh standardowo. W najlepszym momencie opowiadanie przerwane ;p Mam nadzieję, że jak najszybciej się pojawi dalsza część.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już niedługo zaczę wprowadzać zmiany na blogu i jedną z nich prawdopodobnie będzie wklejenie całego opowiadania, także sprawdzaj co jakiś czas, a na pewno się doczekasz końcówki :*

      Usuń
  2. Proponuję popracować nad interpunkcją. Przecinki stawiane są w niewłaściwych miejscach lub ich brakuje. Zdania wypowiadane przez bohaterów powinny rozpoczynać się z wielkiej litery - z czystej dbałości o gramatykę, ale też o dbałość o przejrzystość tekstu. Powodzenia w dalszej drodze pisania! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje za słuszną uwagę, na pewno nad tym popracuję :)

      Usuń
  3. IMHO, trochę za dużo opowiadasz, a za mało przedstawiasz. Przez to tekst jest mało dynamiczny. Ale jest całkiem nieźle ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tyle myśli w głowie i za szybko je przelewam, dzięki za cenną uwagę :)

      Usuń
  4. Podpisuję się pod Anonimem, interpunkcja! Pamiętaj, że "twoja stara piła leży w piwnicy" nabiera nowego sensu, gdy dasz przecinek: "twoja stara piła, leży w piwnicy" :D

    Pozdrawiam!
    To Read Or Not To Read

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Niedługo wszystko skoryguję :)

      Usuń